środa, 23 lutego 2011

Krótki kurs liberalnej ekonomii

Gdyby dziś zadzwonił do mnie ankieter z pytaniem, na kogo zamierzam głosować w nadchodzących wyborach parlamentarnych, odpowiedziałbym: „yyy...”. Odkąd wycofałem poparcie dla PO, mój głos jest do wzięcia. Powiem więcej, mój głos jest bardzo łatwy do wzięcia. Od opcji, którą zdecyduję się poprzeć, oczekuję jedynie liberalnego programu gospodarczego. Może jeszcze elementarnej wiarygodności, jako gwarancji tegoż programu realizacji. Ale wiarygodność zostawmy. Dziś kilka słów o tym, na czym liberalna wizja gospodarki polega, oraz dlaczego tak bardzo popieram jej realizację.

Zacznę od krótkiego wyjaśnienia, czym liberalizm gospodarczy nie jest. Po pierwsze, konsekwentnie głoszony przez Janusza Korwin-Mikke program demontażu państwa to nie liberalizm, to zwyczajne szaleństwo. Analogicznie, skoku z wieżowca nie nazywamy sportem ekstremalnym, lecz samobójstwem. Obszar znaczeniowy słowo liberał, choć szeroki, nie obejmuje słów takich jak: złodziej, spekulant czy oszust. Ewentualna konfuzja wynikać może z faktu, iż spora część elity politycznej gotowa jest wypaczyć znaczenie tego słowa w zamian za przychylność działaczy związkowych. Nawiasem mówiąc, zupełnie nie rozumiem, do czego im tak kupiona przychylność potrzebna. Wreszcie, liberalizm w sferze obyczajowej to zupełnie odrębny zespół poglądów, wprawdzie w żaden sposób niesprzeczny z doktryną ekonomiczną, ale też zupełnie z nią niepowiązany.

Liberalizm gospodarczy oznacza prowadzenie polityki, która pozostawia kontrolę nad gospodarką po stronie obywateli. Zauważmy, że każda opcja polityczna zapowiada ograniczenie biurokracji, przyjazne urzędy i prostsze przepisy. Program liberalny dodaje do tego postulat, by w rękach prywatnych pozostała realna inicjatywa gospodarowania. Czyli, krótko mówiąc, pieniądze. Poprzez ograniczanie zadań państwa doprowadzamy do zmniejszenia jego wydatków, a w konsekwencji podatków. Logika teko rozumowania opiera się na założeniu, iż prywatne firmy gospodarują dalece efektywniej niż najsprawniejsze nawet przedsiębiorstwa państwowe. Nadzór właścicieli skutecznie zabezpiecza własność prywatną przed niegospodarnością i korupcją. Jak mówi ludowe przysłowie „pańskie oko konia tuczy”. Nad prawdziwością tego założenia nie ma nawet sensu dyskutować. Wszelka krytyka ekonomicznego liberalizmu ogranicza się do punktowania wad tej doktryny. Wad prawdziwych, ale przede wszystkim wyimaginowanych.

Polska jest krajem, gdzie niemal pół wieku funkcjonował komunizm. W takim kraju w liberałów uderzyć łatwo. Wystarczy zapytać, kto za karetkę zapłaci. Każda odpowiedź inna niż „karetka należy się wszystkim za darmo” wzbudzi wątpliwości. Przecież prywatna karetka to usługa, która musi sporo kosztować. Nie wiem czemu zwykle umyka nam fakt, że dziś również za tę usługę płacimy, opłacając obowiązkową składkę zdrowotną. Jeśli państwowy fundusz zastąpimy prywatną ubezpieczalnią, jakość ochrona zdrowia znacząco wzrośnie. Co więcej, przekazanie jakiejś dziedziny gospodarki w domenę prywatną nie musi wcale oznaczać, że państwo przestaje w tej sferze troszczyć się o nasze interesy. Ochrona praw konsumenta i wolnej konkurencji jest najlepszą formą takiej troski. W roli arbitra państwo sprawdza się świetnie, na co przykładem są skuteczne interwencje UOKiK czy KNF.

Z punktu widzenia liberalnej doktryny najlepiej byłoby, gdyby państwo nie dotykało się pieniędzy, jeżeli naprawdę nie musi. Nietrudno zauważyć, że kraj nasz wyraźnie od tego ideału odbiega. Państwa w gospodarce jest dużo, ściąga wysokie podatki, dużo wydaje i dużo pożycza. Niestety, nie da się tego zmienić z dnia na dzień. Przykładowo, aby przekazać w prywatne ręce wspomniane już ubezpieczenia zdrowotne, najpierw musimy określić, co dokładnie należy się ubezpieczonemu w zamian za opłacanie składki. Na prywatyzację przedsiębiorstw należących do skarbu państwa również potrzeba czasu. W świetle powyższego, optymalna polityka gospodarcza polegać będzie na stopniowym, lecz konsekwentnym wycofywaniu się państwa z prowadzenia działalności gospodarczej i zbędnej polityki socjalnej. Taka strategia, choć dobra dla rozwoju, jest politycznie niepraktyczna. Mniej państwa to mniej stanowisk do obsadzenia w przedsiębiorstwach państwowych i administracji. Jednym słowem, mniej władzy. Samoograniczanie nie przychodzi rządzącym łatwo. Obecny premier, niegdyś liberał, nawet nie próbował. Na mój głos może liczyć polityk, który wiarygodnie zadeklaruje, że spróbuje.

10 komentarzy:

  1. Wiarygodnie zadeklarować, że spróbuje...??? Demagogia...

    OdpowiedzUsuń
  2. W zasadzie zdziwiło mnie w twojej wypowiedzi jedno zdanie: "Nawiasem mówiąc, zupełnie nie rozumiem, do czego im tak kupiona przychylność potrzebna."

    Jak więc myślisz, po co politykom przychylność związkowców? Z bardzo prostego powodu. Bo to elektorat. A w Demokracji nie liczy się, czy mam dobry program, tylko czy ludzie polubią mnie na tyle, żeby mnie wybrać.

    Wspomniany przez ciebie Korwin Mikke ma gdzieś przychylność związkowców czy innego elektoratu. Zawszę mówi to co myśli, a często mówi szybciej niż myśli. On nie chce się przypodobać żadnej grupie docelowej tylko promować swoje idee, dlatego ma poparcie rzędu 2%.

    Za to PiS który walczy o głosy klasy robotniczej siłą rzeczy musi mówić to, co się klasie robotniczej spodoba.

    PO celowało w "wykształciuchów" to i program prezentowało bardziej liberalny.

    A tłumaczyłem ci to już setki razy, tłumacząc dlaczego ja nie głosuję. Bo politycy NIGDY nie mówią co chcą zrobić, tylko ZAWSZĘ mówią to co chce elektorat usłyszeć. Bo to od elektoratu zależy czy dojdą do władzy a nie od ich planów i kompetencji.

    Niestety ciebie dalej zdumiewa, że niektóre partie podlizują się związkom i dalej nie rozumiesz dlaczego. Czyżbyś ignorował argumenty, które ci się nie podobają?

    OdpowiedzUsuń
  3. Napisałem, że popieram, choć oczywiście Robert prezentuje ujęcie nieco idealistyczne, zresztą może i słusznie.

    Don Basil też ma rację, co znajduje potwierdzenie w tym tekście (polecam ogół twórczości tego blogera):

    http://matuzalem.salon24.pl/280999,polska-konserwatywna-ustroj-spoleczny-a-swiatopoglad

    mija

    OdpowiedzUsuń
  4. @Anonimowy:
    Przez deklarację rozumiem zobowiązanie na tyle jednoznaczne, by można ocenić, czy zostało wypełnione.


    @Don Basil:
    Działacze związkowi to znikomy ułamek wyborców. Zakładasz oczywiście, że ich przychylność przekłada się na głosy zrzeszonych w związkach pracowników. Ale ja nie byłbym tego taki pewien. PO zbudowało silną pozycję nie wchodząc w tego rodzaju przymierza. Coś, co było świetną strategią polityczną w okresie transformacji, dziś przestaje się sprawdzać. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że sojusz ze związkowcami może partii zaszkodzić, ograniczając jej zdolność do pozyskania głosu niezrzeszonego wyborcy.

    OdpowiedzUsuń
  5. @mija:
    Idealistyczne jest moje przekonanie, że dla liberalnej doktryny jest miejsce w polityce. Reszta powyższego rozumowania to czysty pragmatyzm.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przede wszystkim PO nie celowało z kampanią w tzw "klasę robotniczą"

    Klasa robotnicza jeśli głosuje na PO, to tyko jeżeli rozczarowana PiSem wybiera mniejsze zło.

    Natomiast PiS właśnie o głosy klasy robotniczej zabiega to i musi dokopać wykształciuchom - liberałom. No i dbać o przychylność związków

    OdpowiedzUsuń
  7. @Don Basil:
    Po co przychylność związkowców? Głosy "klasy robotniczej" można równie dobrze pozyskać bez ich pomocy. O ile mi wiadomo, dziś robotników stać na telewizory.

    OdpowiedzUsuń
  8. :Robert

    O wiele łatwiej się zdobywa robotnicze głosy via TV, jeśli związki zawodowe cię nie atakują swoimi kanałami.

    Wyborca karmiony papką telewizyjną a wyborca który z drugiej strony dostaje informacje o tym, że tak naprawdę jesteś jego wrogiem to dwie różne sprawy.

    Jaka jest szansa, że zagłosuje na ciebie robotnik który niedawno protestował przeciwko tobie na manifestacji zrobionej przez związki?

    OdpowiedzUsuń
  9. @Don Basil:
    Doceniam znaczenie polityczne "głosów robotniczych". Mam tylko wątpliwości, czy działacze związkowi mają na te głosy realny wpływ. W zakładach zagrożonych likwidacją - zapewne. Ale w pozostałych?

    OdpowiedzUsuń