Zacznijmy od wyjaśnienia pojęć. Dopalacze to narkotyki. Precyzyjniej, te z narkotyków, które ze względu na nietypowy skład chemiczny nie są zakazane w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii. Teraz praworządność. Jak sama nazwa wskazuje, to stan, gdy „rządzi prawo”, czyli wszelkie akty władzy mają w prawie oparcie. Wbrew powszechnemu mniemaniu, dla zachowania praworządności nie jest wymagane, by w rzekach płynęły miód i mleko. Ale powszechne przestrzeganie prawa to warunek konieczny. Dziś chciałbym napisać o dopalaczach w państwie praworządnym.
Nie zakazane znaczy tyle, co dozwolone. Obecnie dopalacze można kupić legalnie, oznaczone jako produkty nieprzeznaczone do spożycia. Czyli nawozy do roślin, sole do kąpieli, a gdy już nic sensownego nie pasuje, produkty kolekcjonerskie. Problem w tym, że nastoletni nabywcy raczej nie wkładają ich do klaserów. Nazywając rzecz po imieniu, luki w obowiązującym prawie pozwalają na sprzedawanie narkotyków dzieciom. Jako społeczeństwo chcemy tę lukę prawną jak wyeliminować. Dodam, chcemy wyjątkowo zgodnie, przynajmniej jeśli chodzi o siły polityczne. Gdy Donald Tusk wypowiadał wojnę dopalaczom, głosów sprzeciwu słychać nie było. Czyżby nikt nie zauważył, że w praworządnym państwie do kompetencji premiera nie należy prowadzenie wewnętrznych wojen?
Sklepy z dopalaczami zamknięto na podstawie decyzji Głównego Inspektora Sanitarnego. Może nawet okazać się, że dokument Sanepidu wcale decyzją nie jest, gdyż brak w nim oznaczenia stron postępowania. W każdym razie, władza aktem administracyjnym usiłuje zabronić działalności prawnie dozwolonej. Nie macie wrażenia, że coś jest nie tak? Czy w imię moralnie słusznych celów można zawiesić przestrzegania prawa? Nie można. Fakt, że każdy kolejny rząd prędzej czy później wykazuje tendencje do nadużywania władzy, na dłuższą metę może stać się problemem znacznie poważniejszym niż plaga narkomanii wśród nieletnich. Obejmując urząd, premier zapowiadał koniec takich praktyk. Czyżby rozumiał to jedynie jako honorowe zobowiązanie, nie interpretację uprawnień szefa rządu właściwą dla urzeczywistnienia idei państwa prawa? Przykro patrzeć, jak rząd, który wzorowo przeprowadził nasz kraj przez trudne momenty, potyka się na sprawach błahych. Ale milczeć nie można, nie przystoi. Tym bardziej, że media, będące zwykle pierwszą linią obrony przed takimi zagrożeniami, na całej linii zawiodły.
Wydawać by się mogło, że rząd premiera Tuska, dysponujący większością w Sejmie, zamiast uciekać się do aktów administracyjnych mógłby po prostu zmienić prawo. Mógłby, i z możliwości tej jak najbardziej korzysta. Ostatnią zmianę przepisów uchwalono 10 czerwca tego roku. Poprawka miała uderzyć w rynek dopalaczy przez rozszerzenie listy zakazanych substancji. Jedynym efektem była zmiana składu chemicznego asortymentu oferowanego „kolekcjonerom”. Dalsze restrykcje prędzej zaszkodzą wytwórcom klejów i farb niż branży legalnych narkotyków. Niemniej jednak to w przemyślanych dostosowaniach prawa upatruję szansy na rozwiązanie problemu. Może zmienić przepisy o odpowiedzialności sprzedawcy za produkt niebezpieczny? Albo regulacje dotyczące opakowań? W każdym razie, oczekuję od władz sprytu, nie siły. Silna władza mnie brzydzi.
Na koniec ważna uwaga. Dopalaczy nikt nikomu ukradkiem do tornistra nie wkłada. Muszą istnieć powody, dla których młodzież kupuje odurzającą truciznę. Może to tym powodom powinniśmy wypowiedzieć wojnę?
Owszem. Moglibyśmy zmniejszyć liczbę godzin religii, a zwiększyć WF-u. Wtedy byliby zbyt zmęczeni na dopalanie.
OdpowiedzUsuńAle myślisz, że to by przeszło?
Dziś od młodzieży nie wymaga się nic. Pamiętasz może jak w LO z trudem prześlizgiwałem się z klasy do klasy? A możesz sobie wyobrazić, że po 11 latach od skończenia liceum jestem w stanie zdać dzisiejszą maturę z biologii? Też nie wierzyłem. Ale sprawdziłem - zdałbym.
Dlatego młodzież ma dużo wolnego czasu. To i zużywa go na różne dopalacze.
Wolny czas to nic złego, o ile zaproponujemy młodzieży dobre sposoby jego spędzania. Czyli takie, które rozwijają, nadają życiu sens. Kopanie piłki na „Orliku” jest fajne, ale nie każdemu wystarcza.
OdpowiedzUsuńCo do religii: przeszłoby. Myślę, że katechezy znikną ze szkół w tym dziesięcioleciu. Nie wiem tylko, czy to dobrze, czy źle.
Należy zdać sobie sprawę, że walka z narkotykami w skali globalnej jest przegrana. Miliardy tracone na wojny z gangami nie przynoszą rezultatów. Narkotyki są dostępne nawet dla uczniów szkół podstawowych. Dopalacze, to środki zastępcze dla uboższych i mniej zaradnych eksperymentatorów. Jak się już uzależnią, to znajdą sposoby na dotarcie do tych prawdziwych.
OdpowiedzUsuńJedynym rozwiązaniem wydaje się legalizacja produkcji i sprzedaży (np w aptekach).
Natomiast część pieniędzy marnowanych na beznadziejną walkę przeznaczyć na boiska, baseny, EDUKACJĘ i leczenie tych którym jeszcze można pomóc. Pamiętajmy: najbardziej smakuje owoc zakazany. Nie zakazany straci na atrakcyjności. Teraz, to utopia, ale innego wyjścia nie widać. Represje tylko sytuację pogarszają.
Andrzej B.
Legalny dotąd substytut narkotyków jest atrakcyjny także dla eksperymentatorów mniej odważnych. Tym bardziej, że panuje przekonanie, że legalne znaczy bezpieczne. Ciekawy pogląd prezentuje Ewa Siedlecka, publicystka GW:
OdpowiedzUsuńhttp://bit.ly/9R6G0m
Jej zdaniem, dopalaczy nie należy delegalizować, lecz narzucić ich wytwórcom surowe normy bezpieczeństwa. Przyznam, że umiarkowane postulaty zwolenników legalizacji wcale mnie nie przerażają.