sobota, 11 września 2010

Laptop zamiast katechezy, czyli OLPC po polsku

Utrwalająca się polaryzacja sceny politycznej składnia polityków lewicy do szukania coraz to nowych sposobów na pozyskanie uwagi potencjalnego wyborcy. Kilka dni temu Grzegorz Napieralski wysunął postulat likwidacji nauczania religii w szkołach, a środków w ten sposób zaoszczędzonych przeznaczenia na informatyzację edukacji, w tym wyposażenie każdego ucznia w przenośny komputer. Muszę przyznać, tym razem socjaldemokraci o moją uwagę zawalczyli skutecznie.

Zainteresowania bynajmniej nie wzbudził we mnie pomysł likwidacji religii. Można oczywiście być zwolennikiem i tego poglądu, ale chyba wszyscy zgodzimy się, że jest on radykalny, tożsamy z wypowiedzeniem konkordatu. O ile do antyklerykalizmu podszedłem bez entuzjazmu, hasło laptopów dla dzieciaków wyzwoliło u mnie strumień lewicowego myślenia. Oto wreszcie ktoś zauważył, że cyfrowe wykluczenie istnieje naprawdę. Nie każde dziecko ma w domu dostęp do komputera i sieci, a wiele rodzin, stojąc w obliczu poważniejszych zmartwień, nawet o tym nie myśli. Bez względu na przyczynę, to naprawdę nie jest wina tych dzieci. Przeciwdziałając cyfrowemu wykluczeniu po prostu przywracamy równość szans.

Szlachetne idee w momencie zderzenia z rzeczywistością pękają zwykle niczym bańki mydlane. Dolary przeciw orzechom, że podobnie skończy pomysł lidera SLD. Nawet jeśli pominiemy kontrowersję wokół źródła finansowania, na podjęcie skutecznej walki z cyfrowym wykluczeniem nie jesteśmy, jako społeczeństwo, gotowi. W czym problem? Brakuje dobrej strategii budowy społeczeństwa informacyjnego. Dobrej czyli takiej, którą łatwo da się przełożyć na konkretne działania i praktyki. Jaką wartość mają plany obowiązujące obecnie, jeżeli dziś zakup za publiczne pieniądze produktów informatycznych formalnie nie różni się istotnie od zakupu cegieł? Nabycie netbooka dla każdego ucznia w kraju to duża transakcja. Szacując pobieżnie, chodzić może o dwa i pół miliona komputerów, które muszą być wyposażone w jakiś system operacyjny. Tu dochodzimy do sedna: w jaki?

Stajemy przed wyborem: negocjować zakup licencji na system Windows czy postawić na wolne oprogramowanie, przez co rozumiem dostosowanie którejś z dystrybucji Linuksa. Zaznaczam, że chodzi o dostosowanie szeroko uwzględniające lokalne realia i potrzeby. Sugar, stosowany w laptopach dostarczanych dzieciom z krajów trzeciego świata w ramach projektu OLPC, nie sprawdzi się, Polska to nie Rwanda. To, jaką decyzję podejmiemy, nie będzie nawet tak istotne, jak sam fakt i tryb jej podjęcia. Wyboru należy dokonać raz, możliwie trwale, by nie wracać do tematu przy każdym przetargu na komputery dla szkoły czy miejskiej biblioteki. Trudno o lepszą formę dokonania tegoż wyboru, niż wskazanie konkretnych technologii i standardów w precyzyjnej, będąca w rozumieniu ustawy budżetowej zadaniem, strategii informatyzacji państwa. W mojej opinii, optymalna strategia powinna przewidywać stosowanie wolnego oprogramowania, będącego przecież transferem technologii, który warto zagospodarować. Taka praktyka z pewnością podniosłyby konkurencyjność gospodarki. A co ważniejsze, pozwoliła taniej, zatem szybciej, kupić dzieciom laptopy.

4 komentarze:

  1. Jak ty w ogóle możesz do takiego pomysłu podchodzić realnie?
    Wpisałem ci odpowiedź w moim blogu

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja myślę, że troszkę za bardzo wybiegłeś w przyszłość. w USA i UK toczyły się podobne dyskusje na temat cyfrowego wykluczenia i ostatecznie udało się to zrealizować połowicznie poprzez ogólny dostęp do Internetu w szkołach i bibliotekach publicznych. Pamiętam w Anglii była burzliwa dyskusja na temat już i tak bardzo wysokich kosztów wdrożenia i utrzymania tego projektu, aczkolwiek dzięki temu miałem darmowy dostęp do sieci :) Co z tego, że zapewnimy w Polsce dzieciom laptopy, jak 60% z nich nie będzie miało finansowych lub technicznych możliwości podłączenia Internetu :) Chyba lepiej w tym momencie zainwestować te pieniądze na zakup nowego sprzętu i podłączenie wszystkich szkół i bibliotek do szerokopasmowego łącza. Taki projekt jest bardziej realny. Nie martwiłbym się tutaj na tym etapie o sytem operacyjny, ale tym, żeby każdy mógł skorzystać z komputera/Internetu w bibliotekach, MDKach, WDKach, szkołach, uczelniach, centrach turystycznych, i to bez obowiązku podawania numeru legitymacji lub innych identyfikatorów. Może dożyję kiedyś dnia kiedy nie bedę musiał dzwonić po znajomych, którzy siedzą właśnie przy kompie, na tzw. "infolinię" ...

    OdpowiedzUsuń
  3. To marnotrawstwo środków pozyskanych z podatków. Jeśliby 20% takich laptopów dotarła do adresatów i zostało wykorzystanych, to i tak należałoby odtrąbić sukces.
    Jednak pomijając socjalistyczną absurdalność tego pomysłu - po co dzieciom laptopy?
    Bardziej skorzystałyby z Xboxów.

    Z kolei młodym małżeństwom i dorastającym singlom przydałyby się darmowe lokale mieszkalne. Może Napierniczak o tym też pomyśli?

    MJ

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyrównywanie szans to ważny aspekt koncepcji laptopa edukacyjnego, ale nie jej istota. Głównym celem jest poprawa jakości edukacji. Sam pomysł być może wybiega nieco w przyszłość, a jego powodzenie wymaga spełnienia dość trudnych założeń. Niemniej jednak koncepcja warta jest rozważenia. A już na pewno nie jest to czysty socjalizm.

    OdpowiedzUsuń