Reinterpretując pomysł Grzegorza Napieralskiego wyposażenia uczniów w notebooki chciałem wykazać, że koncepcja ta, gdy dopracowana i odpolityczniona, jest wartościowa i możliwa do realizacji. Co do szans powodzenia, nikogo chyba nie przekonałem. Don Basil, prywatnie dobry kolega, w sieci bloger bezlitośnie tropiący absurdy społeczeństwa obywatelskiego, jednoznacznie ocenił: w świetle słabości systemu zamówień publicznych pomysł jest irracjonalny. Nie da się ukryć, mocny argument. Dyskutanci z portalu myPiS.pl również mieli wątpliwości, głównie odnośnie trudności logistycznych i kosztów przedsięwzięcia, bo nie co do samej idei. Także z tymi, sensownymi przecież uwagami polemizował nie będę. Kontynując temat, chciałbym przedstawić warunki, których spełnienie uważam za kluczowe dla dobrej realizacji koncepcji komputera edukacyjnego.
1. Neutralność światopoglądowa projektu
Nie uważam się za osobę politycznie naiwną. Dobrze rozumiem, że lewicy ten pomysł służy jedynie jako wizualizacja sum, jakie budżet państwa wydaje na nauczanie religii. Aby w ogóle myśleć o powodzeniu, debacie należy poddać projekt w formie wolnej od tego rodzaju ideologicznych powiązań.
2. Dobra strategia informatyzacji państwa
Od czego mamy w Polsce wyższe uczelnie? Zamiast wydawać środki publiczne na zakup oprogramowania, inwestujmy! Choćby w narodową dystrybucję Linuksa, tworzoną z myślą o szkołach i urzędach publicznych. Dodajmy, nie tworzoną od zera, a bazującą na którymś z liczących się w świecie wolnych systemów. Przedsięwzięcie szybko się zwróci, a najdalej po dwóch latach będziemy mieć nie tylko potrzebne oprogramowanie, ale przede wszystkim świetne zaplecze szkoleniowe.
3. Powstanie platformy edukacyjnej
Pod pojęciem tym rozumiem zarówno komplet oprogramowania dla szkolnych komputerów, jak i konstelację serwisów internetowych wspomagających edukację. Sporo tego rodzaju serwisów już istnieje, inwestycje w edukację będą bodźcem do powstania kolejnych. Będziemy mogli liczyć na organizacje pozarządowe i różnego rodzaju inicjatywy lokalne, a rola państwa ograniczy się raczej do katalogowania i klasyfikacji treści udostępnionych w sieci. Odnośnie doboru oprogramowania, wymyślać koła na nowo nie będzie potrzeby, nie możemy tylko zapomnieć o uczniach, którzy dostępu do sieci w domu nie mają.
4. Odpowiadający potrzebom sprzęt
Laptop edukacyjny to nie służbowe auto dla wójta. Mówimy o dużym przetargu, który przyciągnie uwagę mediów, co znacznie poprawi przejrzystość procedur. W specyfikacji zamówienia na pierwszym miejscu widziałbym wymóg, iż nabywany sprzęt powinien być trwały, bez elementów ruchomych takich jak wirujący dysk twardy czy wentylator. Pozbawiony rynkowych walorów komputer raczej nie stanie się przedmiotem obrotu. Dla mnie inspiracją była specyfikacja XO-1.
5. Dostęp do Internetu w szkołach
Wykorzystywanie w edukacji komputerów bez dostępu do sieci to archaizm, na który wdrażając laptopa edukacyjnego nie możemy sobie pozwolić. Objęte programem szkoły powinny zapewniać uczniom bezprzewodowy dostęp do Internetu. Na lekcji, na przerwie, a w miarę możliwości także po godzinach zajęć, w świetlicy szkolnej.
6. Powszechność programu
Na pozór logiczny wydaje się postulat, że laptopy powinny trafić w pierwszej kolejności do dzieci z ubogich regionów kraju. Nic bardziej mylnego. Chcemy przecież, by platforma edukacyjna umożliwiała interakcje między dziećmi o różnej sytuacji życiowej, z różnych szkół i regionów. Tylko wówczas przedsięwzięcie będzie skutecznym sposobem na walkę z cyfrowym wykluczeniem.
Zdaję sobie rzecz jasna sprawę, że za każdym z powyższych punktów stoją namacalne trudności. Ale również korzyści płynące z tej formy informatyzacji szkolnictwa będą nie do przecenienia. Szczegółowa ocenę perspektyw realizacji projektów zadań pozostawiam oczywiście czytelnikowi. Według mnie, o pomyśle możemy myśleć poważnie.
Z tą inwestycją w Linuxa to może nie być dobry pomysł.
OdpowiedzUsuńOsobiście kilka razy próbowałem się bawić z linuxem. I za każdym razem moja cierpliwość kończyła się, gdy chciałem zainstalować jakiś program i nagle odkrywałem, że z niejasnych dla mnie powodów czegoś w systemie brakuje.
Nie było innego wyjścia, trzeba było szukać bibliotek.
A potem mimo wszystko czegoś brakowało, więc trafiał mnie szlag i wracałem do Windowsa.
Kiedyś spotkałem się z opinią "ja nie wiedziałem, że darmowy Linux kosztuje aż tyle".
Po prostu system dla firmy był za darmo. Ale za przeszkolenie starych księgowych trzeba było zapłacić tyle, że faktycznie chyba bardziej by się opłacało dorzucić te parę złotych do starego dobrego XP-ka.
Zgoda, nowoczesne dystrybucje Linuksa wciąż przypominają raczej plac budowy niż gotowy system operacyjny. Ale system ten sprawdza się doskonale, gdy ma posłużyć specjalistom dostarczaniu konkretnych rozwiązań, a o takiej właśnie sytuacji tu myślę. Lepiej rozwijać technologię w kraju niż finansować jej rozwój za granicą. Nawet, jeśli będzie to tylko udział w globalnym torcie postępu.
OdpowiedzUsuńSystemy takie jak Windows czy MacOS potraktujmy jako dobra luksusowe, nie wyznacznik standardów w szkołach czy urzędach.
Zgadzam się z opinią Don Basila.
OdpowiedzUsuńPróby wykorzystania Linuksa na biurowych desktopach - choćby w Wiedniu (Wienux) i Monachium - kończyły się fiaskiem.
Kiedy pomagam przy komputerze mniej obeznanym znajomym, to mnie to nie dziwi. Linux po prostu nie jest systemem dostatecznie intuicyjnym, stwarza dziwne niespodzianki i ma za słabą bazę programową, często niekompatybilną ze "standardami przemysłowymi".
Choć muszę przyznać, że Ubuntu odwaliło kawał dobrej roboty. Rozwój tej dystrybucji w ciągu ostatnich 2 lat to niebo a ziemia. Nadal pozostaje jednak problem słabości programów i wine'a.
Nieintuicyjna obsługa, słaba baza programowa: to wszystko prawda. Prawdą jest również, że nasza gospodarka do najbardziej konkurencyjnych na świecie nie należy. Zlecenie opracowania rozwiązań informatycznych rodzimym instytutom i uczelniom może efektywnie tę konkurencyjność podnieść, zakup licencji na Windows nie zrobi tego na pewno.
OdpowiedzUsuń