Niespełna dwa tygodnie temu Wyborcza.biz pisała o negocjacjach serwisu Chomikuj.pl z wydawcami książek na temat sprzedaży elektronicznych publikacji. Temat lawiny komentarzy nie wywołał, co w świetle sporej popularności „chomikowania” trochę dziwi. Tym bardziej, że sprawa jest w naszym kraju precedensowa. Uważam, że zwyczaje i praktyki dotyczące obrotu dobrami kultury wpłyną na naszą przyszłość dalece bardziej od rozstrzygnięć, jakie symbole i pomniki mają stać na Krakowskim Przedmieściu.
Strona z sympatycznym gryzoniem w logo jak dotąd wyciągała rękę po opłaty za dostęp do treści umieszczonych przez użytkowników, do których serwis żadnych praw nie miał. Ponoszona opłata nie była z tymiż prawami powiązana, lecz dotyczyła transferu danych. Sprytne? Według mnie lep na naiwnych, toteż witrynę omijałem z daleka. Taka formuła serwisu nie spodobała się też, choć z całkiem innego powodu, wydawcom. Ci dopatrzyli się naruszenia przysługujących im praw autorskich i podjęli, na razie wstępne, kroki prawne. Reakcja właścicieli Chomikuj.pl była, co by nie mówić, interesująca: zaprosili oni wydawców do negocjacji, bynajmniej nie roszczeń. Rozmowy miały dotyczyć legalnego wprowadzenia książek do dystrybucji cyfrowej. Godna podziwu dalekowzroczność.
Nie potrzeba zdolności jasnowidzenia by zauważyć, że dystrybucja literatury i prasy już w tym dziesięcioleciu przybierze cyfrową formę. Przeszkody, które taką przemianę blokują, nie wynikają wcale z trudności technicznych czy kosztów, a jedynie naszych przyzwyczajeń. Toteż zainteresowanie wydawców tą formą dystrybucji jest naturalne. Ale zasiadanie do poważnych rozmów z podmiotem, którego jedynym atutem jest baza potencjalnych klientów, już tak naturalne się nie wydaje. Czy nie lepszym partnerem byłaby firma, która może zaproponować technologię lub doświadczenie? Na przykład Kolporter z projektem czytnika eClicto?
Stanowisko wydawców jawi się jako nielogiczne nie tylko odnośnie podjęcia rozmów, lecz również przyjętej strategii negocjacyjnej. Twardo domagają się oni zabezpieczenia cyfrowych książek mechanizmami DRM. Tomasza Prucnala, cytowany w artykule specjalista z PricewaterhouseCoopers, zauważa, że „wprowadzenie DRM nie jest kosztowne ani skomplikowane”. Owszem, o ile zignorujemy istnienie urządzeń mobilnych, czytników wykorzystujących e-papier oraz innych niż Windows systemów operacyjnych. Jednym słowem, gdy świadomie zignorujemy potrzeby klienta. W przeciwnym wypadku wprowadzenie skutecznych zabezpieczeń to zadanie wręcz karkołomne.
Czas najwyższy, by wydawcy przełamali swoje uprzedzenia do cyfrowej dystrybucji książek. Dziś w powszechnej świadomości powoli zaczyna kiełkować pogląd, że cyfrowych książek szuka się „w sieci”, a czyta na zakupionym wysyłkowo Kindle'u. Jeśli takie podejście utrwali się, zagrożone będą nie zyski branży wydawniczej, a samo jej istnienie.
I cały internet też na kłódkę. Świat idealny dla wydawców. Co z tego wyniknie? Pożyjemy, zobaczymy. MJ
OdpowiedzUsuńWięcej optymizmu! W końcu z muzyką się udało: nie jest na kłódkę.
OdpowiedzUsuń