Własność to koncepcja, którą każdy chyba człowiek intuicyjnie pojmuje już w dzieciństwie. Nie potrzeba kodeksu cywilnego by bez wątpliwości stwierdzić, że możemy być właścicielami długopisu, wiejskiej posiadłości czy puchatego kota, ale w żadnym wypadku innego człowieka. Reguły te wydają się uniwersalne i ponadczasowe, lecz gdy przyjrzymy się im dokładniej, wcale takimi nie są. Łacińskie prawo własności dopuszczało przecież niewolnictwo, podczas gdy dziś nawet własność nad kotem ograniczają przepisy o ochronie zwierząt. Arogancją byłoby twierdzić, że zasady dziś obowiązujące są ostateczne.
Rewolucja cyfrowa postawiła nas, społeczeństwo, przed koniecznością dookreślenia zasad dotyczących własności intelektualnej. Coraz wyraźniej słychać wątpliwości, jakie reguły prawa własności będą właściwe dla niematerialnych wytworów myśli ludzkiej, takich jak programy komputerowe, dobra kultury czy nawet tylko pomysły. W tym wpisie podzielę się swoimi przemyśleniami na ten temat.
Uważacie, że zagadnienie to Was nie dotyczy? Mylicie się! Mniej więcej sto lat temu społeczeństwa stały przed podobnym dylematem: wtedy chodziło o własność środków produkcji. Jako że wówczas mało kto takowe środki posiadał, problem w powszechnym odbiorze jawił się jako mało istotny. Ta obojętność umożliwiła, na szczęście tylko w kilku krajach, dojście do głosu zwolenników idei głoszącej, że środki produkcji prywatną własnością być nie powinny. Tak powstał komunizm, będący smutnym dowodem na to, jak wielkie znaczenie dla rozwoju społeczeństw mają i będą mieć uregulowania dotyczące własności.
Znanym i sprawdzonym instrumentem ochrony własności intelektualnej jest patent. Pojawia się pytanie, czy programy komputerowe lub jakieś ich elementy powinny korzystać z ochrony patentowej. Choć nie chciałbym, by moje słowa zabrzmiały niczym pusty wrzask alterglobalisty, odpowiem: nie, w żadnym wypadku. Prawo patentowe powstało w konkretnym celu: pierwotnie miało zagwarantować wynalazcy materialne korzyści z wynalazku, społeczeństwu zaś upowszechnienie wiedzy, na której zgłaszane odkrycie się opiera. Jednym słowem, ochrona patentowa powinna dotyczyć wynalazków. Jaką to wartościową wiedzę miałby nieść ze sobą patent na urządzenie mobilne z dotykowym ekranem? Amerykańskie firmy branży nowych technologii są coraz bardziej narażone na niepewność prawną i związane z patentami bariery w innowacyjności. Na szczęście w Europie prawo na podobne absurdy nie pozwala, zatem tego problemu nie mamy. Proponuję: nie dajmy sobie go wcisnąć.
Obok nonsensów patentowych, istotnym zagrożeniem dla świata technologii są dążenia dostawców dóbr cyfrowych do nadmiernego ograniczania praw nabywcy, często także przy pomocy zabezpieczeń, czyli technologii DRM (ang. Digital Rights Management). Chciałbym obalić tu mit, jakoby nie stworzono jeszcze zabezpieczenia, którego złamanie jest niemożliwe. Takie rozwiazania istnieją, jedynie zdecydowany opór konsumentów skutecznie, jak dotąd, blokuje ich ekspansję. Kupując program lub utwór nabywamy, co oczywiste, tylko prawa do jego użytkowania. Cały problem w tym, że nie zawsze wiadomo, jakie to prawa dokładnie. Co gorsza, często dowiadujemy się o nich już po otwarciu pudełka, zerwaniu folii, a co ważniejsze, po opłaceniu należności. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem zbędnych uregulowań prawnych. Określenie katalogu praw, które miałyby przysługiwać nabywcy dóbr cyfrowych uważam natomiast za uregulowanie niezbędne. Może następne wybory parlamentarne będą dobrą okazją, by zapytać kandydatów na posłów, czy podzielają ten pogląd?
Era informacji niesie ze sobą nie tylko problemy, lecz również zjawiska inspirujące i piękne. Fenomen wolnego oprogramowania możemy chyba nazwać zjawiskiem pięknym? Wyjaśniam, że nie chodzi o programy mające problemy z wydajnością, lecz te przekazywane wraz z prawem do dokonywania w nich modyfikacji i dalszego rozpowszechniania, zwykle pod warunkiem nadania nabywcy tych samych praw. Stosowanie wolnych licencji przestało być domeną garstki entuzjastów, coraz częściej sięgają po nie nawet korporacje. W konsekwencji, technologia o znacznej wartości „leży na ulicy”, a fakt ten przeciwdziała informatycznemu wykluczeniu całych grup społecznych. Tymczasem polskie prawo nie uznaje wolnych licencji z prozaicznego powodu: nie pozwala licencjodawcy skutecznie pozbawić się prawa do jej odwołania. Problem ten warto rozwiązać jak najszybciej. Umożliwi to przedsiębiorcom sięganie po wolne oprogramowanie w przypadku przedsięwzięć poważanych, wymagających bezpieczeństwa prawnego.
Kończąc chciałbym zachęcić wszystkich do uważnego obserwowania w mediach zasygnalizowanych wyżej tematów. To naprawdę nie jest bez znaczenia.
Dorzucam dwie dziwne sytuacje. Obie dotyczą Amazon. (1) Amazon posiada w Stanach Zjednoczonych patent na robienie zakupów '1-Click' -> pozostawiam to bez komentarza, (2) jakiś czas temu Amazon wycofał z oferty książek elektronicznych książki Orwella, a w ślad za tym- z Amazonowych czytników Kindle książki Orwella wyparowały-> dokładnie tak jak to się działo w książkach Orwella.
OdpowiedzUsuńAna