Zastanawialiście się kiedyś, czym kierujemy się popierając konkretną opcję polityczną? Kluczowym czynnikiem będzie oczywiście zgodność światopoglądu głoszonego przez polityków rozważanej opcji z naszym. Pewną rolę odegra też poziom zaufania do tychże polityków, rozumiany jako nasza wiara w ich uczciwość i kompetencje. Specjaliści od politycznego marketingu zaakcentowaliby jeszcze jeden czynnik, nazwijmy go ogólnym wrażeniem. Ale to wszystko. Nikt nie analizuje szczegółowo wypowiedzi kandydatów albo ich dokumentów programowych jedynie po to, by podjąć decyzję, jak głosować. Dziennikarze, niestety, również nie mają w zwyczaju ciągnąć kandydatów za język, dlatego czytelne deklaracje polityków są na wagę złota. Z myślą o czytelnikach żywo polityką zainteresowanych, postanowiłem te kawałki złota pozbierać. Wyjaśniam, że przedmiotem moich poszukiwań będą jedynie te deklaracje, których wypełnienie leży w kompetencjach prezydenta, a których wypełnienie możemy obiektywnie zweryfikować.
Zacznę od cieszącego się moim poparciem Bronisława Komorowskiego. Najbardziej jednoznaczna deklaracja jego kampanii prezydenckiej padła w podsumowaniu środowej debaty telewizyjnej:
Proszę państwa, jest potrzebna prezydentura współpracy, która potrafi współpracować w kraju - wydaje mi się, że dałem tego dowody powołując Radę Bezpieczeństwa Narodowego i niepartyjnego kandydata na prezesa NBP. Jest potrzebna prezydentura, która będzie ponad partiami, stąd mam cały szereg propozycji ograniczenia w niektórych obszarach takich prostych aspiracji partyjnych, to też już robię.Powyższą deklarację rozumiem jako zapowiedź rezygnacji z upartyjniania stanowisk, których obsada leży w kompetencjach głowy państwa. Deklaracja cenna, tym bardziej, że nie wymuszona. Ponadto, kandydat wydaje się być konsekwentny: trzy dni wcześniej, pytany przez Moniki Olejnik, czy generał Koziej pozostanie na stanowisku szefa BBN, deklarował:
Tak, tak. Bo nie jest członkiem żadnej partii.Niestety, to jedyne zobowiązania, jakie padają z ust kandydata Platformy Obywatelskiej. Dokument programowy „Moja wizja Polski” zawiera jeszcze stwierdzenie:
Prezydent ma istotne narzędzie wpływania na rząd i parlament jakim jest prezydenckie weto wobec ustaw. Należy go używać w sytuacjach skrajnych.Niestety, bez wyjaśnień, co należy rozumieć przez sytuacje skrajne, słowa te są tylko retorycznym ozdobnikiem. Zostaje mieć nadzieje, że za pięć lat ktoś z przyszłych kandydatów odważy się na bardziej konkretną deklarację dotyczącą korzystania z tak ważnego instrumentu, jakim jest weto. Byłby to duży postęp w kształtowaniu się tradycji politycznych naszego kraju.
Przejdźmy do obietnic Jarosława Kaczyńskiego. Najważniejsza, w mojej opinii, deklaracja lidera PiS pada w trakcie pierwszej debaty telewizyjnej. Kandydat, pytany przez Monikę Olejnik, kogo mianowałby swoim doradcą ekonomicznym, odpowiada:
Jeżeli pani minister Gilowska, pani premier by się zgodziła, byłbym bardzo rad.Fakt, że Zyta Gilowska pełni funkcję członka Rady Polityki Pieniężnej i ustawa o NBP formalnie uniemożliwia powołanie jej na doradcę nie umniejsza znaczenia tej deklaracji. Należy ją rozumieć jako wskazanie, kogo Jarosław Kaczyński uważa za autorytet w sprawach gospodarczych.
Kandydat PiS nie pozostawia też wątpliwości co do oceny polityki zagranicznej prowadzonej przez jego tragicznie zmarłego brata, jak również woli jej kontynuacji. Najbardziej jednoznacznie daje temu wyraz podczas środowej debaty, kiedy padają słowa:
Natomiast ja będę kontynuował politykę racjonalną. Taką, jaką prowadził Lech Kaczyński. Trzeba szukać znaczenia Polski na Wschodzie, także w dobrych stosunkach z Rosją.Na tym kończą się dostrzeżone przeze mnie istotne deklaracje kandydata PiS. Obszerny dokument programowy, tytułowany „Program mojej prezydentury”, jest, podobnie jak u kontrkandydata, całkowicie pozbawiony znaczenia politycznego. Jak niby mielibyśmy rozliczyć przyszłego prezydenta z zapisanej tam zasady „prowadzenia polityki opartej na wierności prawdzie”?
Spodziewaliście się więcej? Prawdę mówiąc, ja również. Okazuje się, że aby zostać prezydentem naszego państwa wcale nie trzeba wiele naobiecywać. Dość powiedzieć, tak być nie powinno. Nie mamy też prawa mieć pretensji do samych kandydatów. Winę ponosimy my, wyborcy, oraz reprezentujące nas media. Niemniej jednak jakieś obietnice padły. Zapamiętajmy je. Przy następnych wyborach domagajmy się więcej. Pytajmy. Kolor krawata i gładkość mowy przestaną decydować o zwycięstwie wyborczym dokładnie w dniu, w którym przestaniemy na to pozwalać.
Ciekawe spostrzeżenia. Komorowski powiedział jeszcze, że złoży legitymację partyjną. Nie słyszałem żadnej podobnej deklaracji ze strony Kaczyńskiego.
OdpowiedzUsuńAna
@Ana: Bielan złożył taką deklarację w jego imieniu
OdpowiedzUsuńhttp://wyborcza.pl/1,75478,8010296,PiS_wzmacnia_Napieralskiego__Kaczynski_odejdzie_z.html