We współczesnym życiu publicznym coraz większą rolę odgrywa naukowa wiedza psychologiczna. Sięgają po nią zwłaszcza politycy, lecz jestem pewien, że literaturę przedmiotu znajdziemy na półce niejednego dziennikarza czy publicysty. Wiedza jest po to, by z niej korzystać, toteż takich tendencji nie uważam za niepożądane. Do czasu. Nie macie wrażenia, że podczas wczorajszej debaty zobaczyliśmy więcej psychologii niż polityki?
Pierwszy, największy kamyczek wrzucę do ogródka dziennikarzy. Chodzi o pytania. Dobre pytanie to takie, które prowadzi do wiążącej deklaracji politycznej. Wiążącej, zatem takiej, z której my, wyborcy, będziemy mogli bez trudu kandydata rozliczyć, gdyby został wybrany głową państwa. Dobrych pytań było wczoraj niewiele. Najlepiej, lecz znacznie poniżej oczekiwań, wypadła Monika Olejnik. Zagadnienia może i były ciekawe, ale z urzędem Prezydenta RP rzadko miały cokolwiek wspólnego. Kompetencje tegoż określa konstytucja w rozdziale piątym. Nie ma tam ani słowa o prowadzeniu polityki regionalnej, nadzorowaniu systemu emerytalnego czy negocjowaniu zakupu surowców strategicznych. Rozumiem, że są to kwestie istotne i wiele mówią o poglądach kandydatów, ale czynienie z nich głównego przedmiotu debaty uważam za nieporozumienie. Czytelnikowi zainteresowanemu przyczynami powstawania podobnych nieporozumień proponuję porównanie wczorajszego wieczoru z debatami Kennedy-Nixon (1960) oraz Obama-McCain (2008).
Teraz kandydaci. Obydwaj wypadli poprawnie. Wpadka Jarosława Kaczyńskiego wyglądała poważnie, ale była zupełnie niegroźna. Wystarczy chwila zastanowienia by uświadomić sobie, że o problemach Polaków na Białorusi, jeżeli miałoby to poprawić ich sytuację, będziemy rozmawiać nawet z diabłem na dnie piekła. Po prostu nie jest to ten element naszej polityki zagranicznej, o którym wypada bez skrępowania opowiadać w debatach przedwyborczych. W ambasadzie Białorusi w Warszawie też mają telewizor.
Jak sygnalizowałem wcześniej, wspomaganie argumentów politycznych socjotechniką uważam za praktykę dopuszczalną, nawet pożądaną. Ale zanim zaczniemy klaskać naszemu faworytowi, kim by on nie był, pomyślmy: przecież przed debatą również mógł liczyć na nasze poparcie. Stosowanie socjotechniki w polityce jest jak trenowanie bramkarza w piłce nożnej: potrzebne, ale nie tak się wygrywa. Wczoraj był remis, bo obie strony na remis zagrały. Dało się wygrać? Dało się. Wystarczyłoby, by ktoś z kandydatów na jedno z pytań rodem z debat amerykańskich odpowiedział: „Jesteśmy w Polsce!”. Po czym opowiedział, czego możemy się po jego prezydenturze spodziewać.
Dzięki za linki do debat - obejrzę.
OdpowiedzUsuńWątpliwość do kwestii: "wspomaganie argumentów politycznych socjotechniką uważam za praktykę dopuszczalną, nawet pożądaną" - może coś mi umknęło, ale - dlaczego pożądaną?
Socjotechnika jest pożądana, gdyż działa jako stabilizator. Ideowa rezygnacja z jej stosowania pozwoli dojść do głosu populistom, którzy podobnych skrupułów mieć nie będą. Jak inaczej tłumaczyć wynik wyborczy Stanisława Tymińskiego z roku 1990?
OdpowiedzUsuń