niedziela, 13 czerwca 2010

Ja społecznościowy

Termin „web 2.0” uważam za największą niezgrabność językową naszych czasów. Ukuty w hermetycznym środowisku, upowszechnia się, wprowadzając niektórych w błąd co do swego znaczenia. Bo czymże miałaby być owa pajęczyna dwa zero, jeśli nie kolejną wersją magii pozwalającej przeglądać sieć szybciej lub w jakiś sposób lepiej? Intuicja każdego szanującego się humanisty oznaczy to słowo zieloną chorągiewką z napisem „technika - znaczenie nie istotne”. Przecież nikt rozsądny nie nazwałby tak zjawiska społecznego?

Nie zamierzam tu analizować pojęcia web 2.0. Istnieje wiele definicji, każda na swój sposób użyteczna. Proponuję Czytelnikowi jedynie, by do własnych skojarzeń dotyczących tego terminu zechciał dołączyć moje: web 2.0 to taki Internet, w którym treści tworzone są przez społeczności. Czyli przez tych z nas, którzy chcą w tym procesie wziąć udział. Niedawno zdecydowałem, że udział wezmę. W tym wpisie opowiem, w jaki sposób.

Poszukiwania swojego miejsca w sieci rozpocząłem od spojrzenia na Facebook. Uprzejmie dziękuję wszystkim, którzy poświęcili czas by zademonstrować mi ten serwis w działaniu. Facebook z machnięć i kliknięć myszą oraz kilku zdawkowych komentarzy potrafi zbudować atrakcyjną dla odbiorcy treść. To da się tak tylko z machnięć i kliknięć? Da się, gdy za ich pomocą ujawnimy prywatne informacje. Ale dla mnie było to oczywiste od początku, w pełni akceptowalne. Oglądam dalej. Spersonalizowana linia czasu to pomysł świetny. Wystarczy jeden rzut oka, by dowiedzieć się, co dzieje się... na Facebooku. Stop. Chyba nie do końca o to chodzi? Profilu nie założyłem. Rozważę to ponownie, gdy opadnie fascynacja i przygaśnie moda.

Czyżby pozyskanie mnie jako użytkownika było jakoś szczególnie trudne? Bynajmniej. Udało się to między innymi załodze LubimyCzytać.pl. Możecie tam pokazać, co leży na Waszej półce z książkami. Albo zobaczyć zawartość mojej biblioteki, nie tracąc czasu na zakładanie konta. Co więcej mogę dodać - zapraszam.

Gdy już przy tym jesteśmy, Was również irytuje ciągłe „zarejestruj się, aby...”? Naprawdę nie ma sposobu, aby używać jednej elektronicznej tożsamości? Jednej nazwy i hasła? Sposób od dawna jest, to OpenID. Właściciele stron jak dotąd ignorują zarówno ów standard, jak i problem. Na szczęście zanosi się na to, że pod presją wielkich wirtualnego świata zmienią zdanie. Google, Microsoft czy wspomniany wcześniej Facebook coraz intensywniej kreują się na dostawców tożsamości. Mnie najbardziej po drodze z Google, ale każdy sposób dobry. Już nie mogę się doczekać, kiedy przestarzałe „zarejestruj się” zastąpi „przedstaw się”.

Rozważając sposoby na zabranie głosu w sieci wypadało uwzględnić Twittera i serwisów jemu podobnych. Postanowiłem przetestować pierwowzór, choć przyznam, że na początku moje nastawienie było sceptyczne. Co ciekawego można nieść wypowiedź mieszcząca się w 140 znakach? Moje obawy budził też wizerunek serwisu, często postrzeganego jako elitarne narzędzie, rzadko jako interesująca społeczność. Spróbowałem. Słuchajcie, to fajne jest! Wybaczcie, że opis ograniczę do zachwytu, to doświadczenie trudno opisać. Spróbujcie, jeśli chcecie. Uprzedzam: są też wady, z których najbardziej dokucza mała popularność. Ze znajomych nie znalazłem nikogo. Szkoda. Na razie poprzestanę na biernej obserwacji obecnych tam dziennikarzy i polityków. Licząc, że z czasem to się zmieni.

Każde poszukiwania trzeba kiedyś zakończyć. Moim zakończeniem była decyzja: zostaję blogerem. Ten sposób wyrażania siebie najbardziej mi odpowiada. W tym miejscu moje „Witaj świecie”. Za tydzień, jak chyba każdy rasowy bloger, napiszę o polityce. O ile zdążę przed ciszą wyborczą.

16 komentarzy:

  1. Również i ja doceniłem możliwości blogów. Bloguję od ładnych paru lat i, chociaż były mniejsze lub większe przerwy, to jednak nigdy nie przyszła chęć, by rzucić to w diabły. Najgorszej jest jednak na początku. Jak już zbierze się jakaś grupka stałych czytelników, to wtedy jest dodatkowa mobilizacja do pisania. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jedna wirtualna tożsamość to ułatwienie, ale zarazem zagrożenie, a to z kilku powodów. Po pierwsze jednej organizacji poświęca się informacje o całokształcie swojej sieciowej działalności. Po drugie, jeżeli jeden serwis zapamiętuje Twoje hasła do wszystkich innych, to wystarczy włamać się do tego jednego, żeby włamać się do pozostałych.
    Ewolucja sieci wskazuje, że zapewne dojdzie do stworzenia tożsamości internetowej użytkowników, następnie jej standaryzacji i regulacji prawnej, co doprowadzi do większej kontroli tego żywiołu. Dojdzie też zapewne do tego, że wielu internautów stworzy kilka własnych tożsamości internetowych, oficjalnych i nieoficjalnych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ma sprawy. Cieszę, że się przydałam.:)

    OdpowiedzUsuń
  4. piszesz o twitterze i facebooku. zabiorę głos w tej kwestii. moja teza: ekshibicjonizm podścielony nudą lub/i tragedią egoisty.
    najpierw twitter, którego nie używam. poza gwiazdami, politykami i dziennikarzami- kto ma z tego korzystać? kogo interesuje, że walczę właśnie z zaparciami, albo że właśnie życzyłem sąsiadowi złamania nogi, bo zarabia więcej niż ja? a jeśli przez kolejnych pięć godzin nie robiłem nic i nie mam żadnych wartościowych myśli- czy to też napisać? twitter to jakaś desperacka próba skupienia uwagi- taki dramatyczny krzyk "ja, ja, tu jestem"
    teraz facebook. korzystam. byc moze jestem tam nawet jednym z pierwszych Polaków. wiem z czym to sie je. facebook to platforma, gdzie ludzie staraja sie leczyc wlasne kompleksy, gdzie ludzie dają upust swoim żalom i dziwactwom. oto przyklad z zycia- calkiem swiezy. otoz na mojej facebookowej 'scianie' nic nikt poza mna pisac nie moze. wylaczylem te opcje. kazdy- znajomy czy nieznajomy- moze wyslac mi za to wiadomosc, taką tylko dla moich oczu. niedawno jeden kolega podeslal mi jakis link z komentarzem, ze chyba 'nie jest w wystarczajaco specjalnej grupie' aby moc pisac na mojej 'scianie'. odpisalem mu, ze nikt nie moze- niech sie nie martwi. nie dodalem wlasnego komentarza, bo niby czemu ktos mialby w ogóle miec prawo pisac cokolwiek na mojej 'scianie'?! czemu ktoś ma promować się, czy leczyć na mój koszt? tu znów pojawia się ta dramatyczna próba skupienia uwagi- "ja, ja, tu jestem, jestem taka fajna, mam kolorowe życie". no i znów egoizm i skupienie na sobie.
    mysle, ze facebook i twitter ciesza sie coraz wieksza popularnoscia, bo coraz mniej ludzi ma udane relacje z innymi ludzmi. co wynika z faktu ze mam 3000 'znajomych' w wirtualnym swiecie? nic, zupelnie nic, jesli nie mam do kogo zadzwonic w trudnej chwili, albo nawet gdy szukam towarzystwa na wyjscie do kina. zyjemy w swiecie coraz bardziej anonimowym, gdzie wobec braku prawdziwych więzi ludzie desperacko próbują skoncentrować na sobie uwagę. przykre to i straszne zarazem.
    ciekaw jestem Waszych poglądów na ten temat.

    bloga, jako twórczej formy przekazu myśli pochwalam i życzę powodzenia w jego realizacji

    Analfabeta


    * w Twoim tekście powinno być nie 'od spojrzenia na facebooka", ale 'od spojrzenia na facebook", bo przecież nie "od spojrzenia na listA/ samochodA/ artyłułA" ale na list, samochod, artykuł

    OdpowiedzUsuń
  5. Hey,
    Gratuluję bloga. Facebook to nie tylko dzielenie się informacjami typu "co mamy dzisiaj na obiad", ale przede wszystkim tysiące ciekawych aplikacji - patrz Castle Age :P
    Poza tym to genialne narzędzie marketingowe dla firm :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Raz jeszcze - witajcie! Dziękuję za ciepłe przyjęcie i zainteresowanie. Błąd językowy poprawiam i przechodzę do meritum.

    Wirtualna tożsamość to nie portmonetka na hasła. Logowanie przestaje być potrzebne, jeżeli odwiedzane przeze mnie strony będą mogły uzyskać wiarygodną informację, kim jestem. Informacji tej miałby udzielić dostawca tożsamości, oczywiście za moją zgodą. Współczesna kryptografia ogranicza ryzyko kradzieży tożsamości niemal wyłącznie do przyczyn leżących po stronie użytkownika. W końcu moja głowa jest jedynym miejscem, gdzie przechowywane jest moje hasło. Zgadzam się natomiast argumentem, że zagrożona może być nasza prywatność. Uspakaja mnie jedynie fakt, że elektronicznej tożsamości potrzebujemy do spraw mało istotnych, nie powiązanych z informacjami, które uznajemy za wrażliwe.

    Kolejny temat: ekshibicjonizm w sieci. Zjawisko zauważam, moja ocena również jest negatywna. Nie wydaje mi się tylko, by mogło być dla mnie uciążliwe. Jakoś nie wyobrażam sobie, by interesujący mnie ludzie informowali mnie, co smacznego zjedli na śniadanie. Ekshibicjonizm to wada serwisów społecznościowych, lecz nie ich istota. Sensem ich istnienia jest dostarczenie użytkownikowi strumienia informacji. Mnie urzeka sposób, w jaki może robić to Twitter, prosty schemat działania. Oraz neutralność pojęć, bez odwoływania się do więzi międzyludzkich. Te są bowiem czymś, co istnieje w naszej świadomości. Mogą one powstać przez sieć, lecz nie w wyniku dodania do znajomych. Czy alienacja w sieci nie wynika z braku zrozumienia tego faktu?

    Marketing na Facebooku to zapewne ciekawe zagadnienie. Ale ja nie wypowiem się, nie mam o tym bladego pojęcia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Widzę, że kości zostały rzucone, chociaż póki co jeno psy z najbliższego podwórka trop podjęły. Cóż, dobre i to. Ba, na początek wręcz lepsze.
    Będę niesystematycznie śledził, będę komentował, będę świrował, będę szukał dziury w całym i wymuszał uściślanie sentencji, a jakże. Oczywiście nie merytorycznie, bo - parafrazując Ciebie - jestem trochę merytoryczny jedynie. Nie merytorycznie więc, ale właśnie od tej strony pióra używania, rozpoczynam, niczym Jules Winnfield prosząc o pozwolenie na replikę.
    Skoro zaczynamy od niezgrabności językowych, to posiadanie trochę duszy artysty kojarzy mi się z byciem trochę w ciąży. Oczywiście można być trochę w ciąży, czego doskonałym przykładem jest ciąża urojona, ale mam nadzieję, że nie taki stopień artyzmu chcesz sobie przypisywać.
    Idąc dalej tym tropem, zacytuję supernianię i odeślę Cię na karnego jeżyka, gdyż "nie wolno, nie wolno, nie wolno!" Nie wolno na wstępie pytać o powodzenie swych działań. Nie przystoi. Kropka.
    Utrzymujesz, że termin web 2.0 jest największą niezgrabnością naszych czasów? Cóż, mnie też szczególnie do gustu nie przypadł, ale korzystajmy ze stopniowania epitetów z umiarem. Znam większe niezgrabności, chociażby - że uderzę w strunę dla niektórych nietykalną - Holokaust w znaczeniu dziś najbardziej rozpowszechnionym. Gwoli ścisłości - jestem zwolennikiem określenia Szoa. Mimo jednak, że niezgrabność takową uważam za dużo większą i istotniejszą dla nowożytności niż "web 2.0", to także jej nie nazwałbym największą.
    W kwestii szanujących się humanistów, to z przymrużeniem oka rzec by można, że innych nie ma. Smutniejsze jest jednak to, że często intuicji od rozsądku odróżnić nie potrafią. Jakkolwiek smutne, to jednak i zabawne, i pożyteczne efekty fakt ten przynosi.
    Twoja interpretacja sieci 2.0, jakkolwiek mało odkrywcza, całkiem mi się podoba, gdyż kładzie nacisk na te aspekty tego tworu, które i w mojej opinii są najważniejsze. Jednakże, ponieważ - jak już wspomniałem, ale się powtórzę, gdyż powtarzać się zwykłem i dobrze mi z tym - merytorycznie jestem słaby, więc zapewne mylimy się obaj.
    Moim zdaniem można oczywiście ominąć analizę różnic (momentami płynnych socjologicznie) między web 1.0 a 2.0 i przejść do stwierdzenia, że pierwsza wersja to było tworzenie wirtualnej rzeczywistości przez jednostki, które na drodze rozwoju wycwaniły się na tyle, by dać społecznościom iluzję przejęcia tej roli przy uzyskaniu większych możliwości i efektów. Zapewne ktoś uzna to za przejaw spiskowej teorii dziejów, ktoś za trzeźwe podejście do zagadnienia, kto inny za pustosłowie. Ja uznaję, że prawda leży gdzieś po środku, że przy nawet najsprytniejszej kontroli nie-wprost, sporo społeczności może wywalczyć wolność, która nie leży w niczyim interesie.
    OpenID jest dla świadomych użytkowników. Zabija w pewien sposób anonimowość tych, którzy wcale nie chcą w sieci prezentować siebie i nie tęsknią za tym, by ujednolicać swoją tożsamość na jej potrzeby. Moja smutna konkluzja jest taka, że stanowią większość a społeczności nie dojrzały do OpenID.
    Reasumując ocenę Twojego startu jako blogera... Jak zwykła mawiać moja nieoceniona polonistka oceniając prace niektórych licealistów: widać znajomość tematu, kompozycja fragmentaryczna, zbędne pretendowanie do roli wieszcza, stać Cię na więcej, trzy z dwoma.
    Oczywiście jad powyższy sączę, by organizm Twój zaszczepić tylko. I aby wymuszać uściślanie. Czekam na kolejne wpisy, bo wstępniaki zazwyczaj są o wszystkim i o niczym, a później krystalizuje się dopiero zamysł autora.
    Dobrze widzieć Cię aktywnego znów. To nie koniec Twoich poszukiwań, lecz początek nowego etapu. Chyba, że samo zostanie blogerem uznajesz za zwieńczenie poszukiwań. W mojej opinii tak nie jest.
    Dzięki za pewien rodzaj przekornej inspiracji. Kciuków nie trzymam, bo równie dobrze mógłbym taniec szamański odprawić. Ale szczerze, ponosząc pełnię ograniczonej odpowiedzialności za wypowiadane słowa, to jedno Ci rzucam: Powodzenia.

    PS: 4096 znaków współnatchnione przez "When I come around"/"Basket Case" Green Day.

    OdpowiedzUsuń
  8. Web 2.0. Po co mi web? Żeby marnowaćczas? O ile nie prowadzisz firmy (i to większej) to internet to wysypisko. Pewnie - zdarza się coś przydatnego (na śmietniku też możesz znaleźć 100dolarówkę albo pierścień z brylantem) ale też trzeba w tym siedzieć. Więc generalnie to tylko złodziejstwo czasu.

    xtrmntr

    OdpowiedzUsuń
  9. Zgadzam się z Analfabetą i xtrmntr. Do rzeczywistości wirtualnej potrzebny jest dystans. Potrzebne jest życie prawdziwe, między ludźmi.
    Wirtual nie daje spełnienia. Wirtual zabiera czas. Wirual jest ulotny. Mnie przypomniał o tym upadły dysk, wraz z którym w cholerę pójdą dane gromadzone przeze mnie przez ostatni rok. Vanitas vanitatum. Trzeba żyć.

    OdpowiedzUsuń
  10. @SlateR:
    Chciałbym, by moje teksty były zrozumiałe. Teraz i po latach. Sposób, w jaki do tego celu zmierzam, trzeszczy? Być może. Ale warto próbować, przy pomocy wszelkich dostępnych środków. Swoją drogą, czy mój osąd na temat terminu web 2.0 wydaje Ci się równie przesadzony, gdy weźmiemy pod uwagę ostatnie dziesięciolecie? Czyli czasy, w których dojrzale wypowiadamy opinie. Nasze czasy.

    Odnośnie OpenID: zgadzam się co do interpretacji faktów, nie co do oceny. Wypowiadając się w sieci bardzo łatwo pozostać anonimowym. Wystarczy nic nie robić. Znacznie trudniej podpisać się wiarygodnie. OpenID jest narzędziem, które to umożliwia. Fakt, że większość nie chce podpisywać wypowiedzi nie zasmuca mnie specjalnie. Ich wypowiedzi - ich sprawa.


    @xtrmntr,
    @Michał Jasiński:
    Porównanie z wysypiskiem trafione w dziesiątkę. Niestety, nie jestem księciem krwi - chcąc publicznie zabrać głos jestem na ten śmietnik skazany. Jakaś pociecha z faktu, że o znalezieniu studolarówki nie musi decydować ślepy los, wymyślono do tego dalece doskonalsze narzędzia. I najważniejsze, z czym się wszyscy tu chyba zgadzamy: życia na wysypisko to przenosić nie należy. Nie warto.

    OdpowiedzUsuń
  11. Więc to tak… wznosisz się już myślą przyszłościowo w kierunku czytelnika, który sięgnie po Twe słowa po latach, ale z drugiej strony sformułowanie „nasze czasy” zawężasz do ostatniego dziesięciolecia? W porządku, ale tylko na potrzeby tej licytacji w dziedzinie niezgrabności językowych. Ba, zawęźmy jeszcze bardziej! Rozważmy określenie, które ma wielką szansę pojawiać się w przyszłości w podręcznikach historii: „drugi Katyń”. Nie uważasz tego za większą niezgrabność językową niż web2.0? A może chcesz więcej przykładów? „Pokolenie JPII” – co to za twór? Jak to czytać? Dżejpitu? Jaką społeczność określa? Aktywującą się z roku na rok coraz mniej licznie w dniu drugiego kwietnia? Wiesz czym się różni od „Pokolenia JP”? Nie wiesz, to spytaj policjanta.
    Dojrzałość wypowiadania opinii to nie domena ostatniego dziesięciolecia. Uzurpujemy sobie rozwój, a często jesteśmy kilka kroków za naszymi przodkami. W tej dziedzinie także.
    Chęć bycia zrozumianym mocno ogranicza, chyba, że Twoją ambicją jest naprawdę stworzenie czegoś w rodzaju kompendium, podręcznika lub książki kucharskiej. Uważaj jednak, bo to dążenie do bycia zrozumianym przez jak największą grupę osób, może mocno zniechęcić bardziej wymagających czytelników, którzy nie mają życzenia, by autor prowadził ich za rączkę. Pytanie więc brzmi: do jakiej grupy docelowej chcesz dotrzeć? Ja nie muszę znać odpowiedzi, nikt nie musi w zasadzie poza Tobą. Przestrzegam jednakże przed stworzeniem ksiązki kucharskiej pod tytułem „Jak ugotować samego siebie”.
    Odnośnie OpenID ponownie: czy Twoja interpretacja jest taka, jak moja, czyli że większość społeczności nie dojrzała do zadania sobie trudu bycia wiarygodnym w sieci, zaś ocena Twoja zakłada, że mimo to, jest wystarczająco dojrzała do OpenID? Dla mnie OpenID to świetna opcja dla tej w miarę choćby świadomej części społeczności. Opcja marginalna, może nosząca znamiona elitarności nawet.
    Są tacy, którzy znajdą studolarówkę i tacy, którzy zbiorą po śmietnikach pełno złomu za 200 dolców. Pamiętajcie, że pieniądze w życiu to nie wszystko. Robert, dokończysz sentencję?;)
    Fej-zbuk jako platforma owładnięta ekshibicjonizmem? Nie tylko on. Problem sięga wszelkich gałęzi społecznej aktywności. Podobnie jak Analfabeta zauważam wszechobecne mniej lub bardziej desperackie próby zwrócenia na siebie uwagi – coś, co na użytek własny nazywam ekshibicjonizmem mentalnym. Z jednej strony „najpiękniejsi”, z drugiej „najmądrzejsi”. Czasem naprawdę nie wiadomo, w którym przypadku obnażanie się i eksponowanie swych – najczęściej - wątpliwych atutów jest bardziej żenujące. Momentami mam wrażenie, że mniej szkodliwe dla zdrowia jest trafienie na zadufaną dupę, niż na zadufanego dupka.

    OdpowiedzUsuń
  12. @SlateR i dylemat 'zadufana dupa v. zadufany dupek': co bardziej szkodliwe? zależy. myślę jednak, że dychotomia najpiękniejsi (zadufana dupa?) v. najmądrzejsi (zadufany dupek?) sprawdza się tylko na niskim poziomie wykształcenie, a dalej jest już fałszywa. być może problem to najpiękniejsi&najmądrzejsi (n&n, zadufana i przemądrzała dupa) v. reszta świata. przy czym reszta jest niejednorodna- mamy tu ludzi z głównego nurtu, którzy w różny sposób aspirują do grupy n&n (aspiranci), ludzi którzy z różnych przyczyn w ogóle nie posiadają żadnych myśli na ten temat, bo np. nie mają za co zapłacić czynszu, bo mimo dobrego wykształcenia i stałej pracy nie starcza na chleb (wykluczeni), oraz kontestatorów, czyli prawdopodobnie część z nas. Przy czym wykluczenie z definicji są wykluczeni i nie mają na nic wpływu, kontestatorzy raczej uważani są za wariatów, więc prawdziwy 'dialog' toczy się między n&n, dyktującymi trendy, mody, ale i style życia, oraz aspirantami, którzy łakomie, ale i wybiórczo- przez wzgląd na ograniczone możliwości- w zazwyczaj zabawny sposób naśladują n&n.
    I w tej całej zabawie szkoda mi najbardziej właśnie aspirantów, bo oni żyją fałszywą nadzieją na lepsze, kolorowsze życie. jako kontestator stoję na stanowisku, że nowy ipod, drinki po dwie dychy i sztuczny uśmiech nie nadadzą życiu treści. co gorsza- zubożą, wprost i w przenośni. w tym pierwszym przypadku może to nawet prowadzić do zdeklasowania z aspiranta do grupy wykluczonych.
    Analfabeta

    OdpowiedzUsuń
  13. A jak się podobał dzisiejszy mecz? :-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Wczorajszy mecz Szwajcaria - Hiszpania był pozytywnie zaskakujący, tak jak pozytywnie zaskakująco-interesujący staje się dla mnie ten blog i komentarze.

    OdpowiedzUsuń
  15. To i ja jakiś mecz obejrzę, w poniedziałek lub wtorek. Coś zapowiada się ciekawie?


    @SlateR:
    Ryzyko wpadnięcia w banał? Zapewniam, że jestem go świadom.
    W temacie OpenID zgadzamy się.

    OdpowiedzUsuń
  16. Skoro Robert ma zamiar obejrzeć mecz to powinien dopisać sport albo przynajmniej piłkę nożną do swoich zainteresowań. Zwróćmy uwagę, że wszyscy kandydaci na prezydenta (albo prawie) deklarują zainteresowanie tą tematyką a czasem nawet wyniki meczy interpretują po swojej myśli jak np. Jarosław Kaczyński zwycięstwo Szwajcari, określił zwycięstwem czarnego konia dając do zrozumienia, że i on nim jest. Kwestia dobrego smaku nie pozwala mi przypominać słynnych cytatów jego świętej pamięci brata, który także wykazywał zainteresowanie piłką nożną ale z marnym efektem.

    OdpowiedzUsuń